Wracając do dnia dzisiejszego. Doszłam do pewnej stabilności po moim przewrocie nerwicowym. Unikam sytuacji w którym miałabym się zmuszać do czynności, bądź zachowań, które nijak się mają do mojej osobowości.
Składają się na to geny, wychowanie, znajomi, przypadkowe sytuację i ludzie.
Wypracowujemy swój własny mechanizm i naprawa może się odbyć jedynie przy naszej pomocy.
Od dwóch lat miotałam się panikując i nie wiedziałam czego się mam złapać. Cóż nawet teraz zdarzają mi się takie sytuację. Jest ich jednak zdecydowanie mniej i widzę już jak buduję się na nowo. To był długi proces i często myślałam, że drążenie tego wpędzi mnie głębiej w chorobę. Jednak jak już pojawiają się prześwity samoświadomości, widzę ile ja wykonałam pracy. Nie poddałam się i dzielnie znosiłam wiele przeciwności. Dzięki temu otworzyłam oczy na dobre rzeczy wokół mnie, których wcześniej nie widziałam.
Nie sądziłam, że w moim świecie otworzą się drzwi, których wcześniej nie było. Często te nowe pomieszczenia zdają się być pełne przerażających mnie rzeczy. Jednak wchodzę, obserwuję, dotykam, otwieram i co raz więcej wiem. Wcześniej miejsce doświadczenia zajmowały domysły i wyobrażenia. Z dwojga złego wolę jednak wiedzieć z czym się zmagam, niż chować to pod dywan.
Jedynie jestem trochę zła, że za dużo teraz myślę o sobie. Mam nadzieje, że z czasem będzie to się zmieniać. Uważam, że taki stan rzeczy wynika z przerażenia tym co się wydarzyło, więc nie jest do końca przesłanką egocentryzmu tylko działaniem instynktu samozachowawczego.
Buzi, buzi mali i duzi. ;-)
